NOBODY IS PERFECT

akceptacja, pewność siebie, wychowanie psa, nobody is perfect,


Przez dość długi czas życia pod jednym dachem z Nerem, borykałam się z pewnymi problemami. Pomijając szeroko pojęte kłopoty wychowawcze i całkowite ignorowanie mojej osoby przez niego, nękały mnie pewne myśli i zdradzieckie głosy w głowie.


 I jeśli myślicie że dopadła mnie schizofrenia, lub jakakolwiek inna choroba psychiczna – mylicie się. Cierpiałam wtedy na dość częstą w tych czasach przypadłość, a mianowicie na przerost ambicji…

Kilka lat przed adopcją Nera „na przechowaniu” pomieszkiwał u mnie pewien jegomość. Był to kilkuletni, biszkoptowy, niewidomy labrador Fado. Od początku nie mógł porozumieć się z moimi psami – rezydentami. Ciągłe awantury, moja nieustabilizowana alergia. Pies nie mógł odnaleźć się w nowym otoczeniu, moje psy nienawidziły go, a w tym wszystkim byłam ja. Zakatarzona, zakichana z wysypką i ledwo żywa. Decyzja o przygarnięciu Fada była chyba jedną z najgłupszych i najbardziej nieodpowiedzialnych w historii mojej rodziny. Niestety. Jak szybko przyszedł, tak szybko odjechał zostawiając po sobie swego rodzaju pustkę.

Tygodnie spędzone z Fadulcem pomimo trudności, były jednymi z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Biszkopt był cudownym, kochanym i potulnym psem. Gdybym miała tą wiedzę i świadomość, którą posiadam teraz, sprawa potoczyłaby się zupełnie inaczej. To właśnie ten niesamowity zwierzak zapoczątkował moją fascynację rasą. Mijały lata a ja porządkowałam swoją wiedzę o psach. Czytałam książki, oglądałam wykłady, godzinami przesiadywałam na forach internetowych, a równocześnie zbierałam informacje na temat Labradorów. Czytałam literaturę, jeździłam na wystawy, na bieżąco śledziłam newsy na stronach ulubionych hodowli. Długie rozmowy z rodziną o zakupie laba z hodowli, o tym czy podołamy wychowaniu, odkładanie pieniędzy na wymarzonego psa. To wszystko wpędziło mnie w swego rodzaju trans. Co prawda miałam już styczność z psami, ale zawsze z tymi bezproblemowymi. Moi czworonożni przyjaciele nigdy nie sprawiali problemów, uczyli się wszystkiego w mig, sami wiedzieli do jakiej granicy mogą się posunąć… Pomyślicie pewnie, że to była sielanka? Owszem była, ale do czasu…

07.09.2012 roku pojawił się u mnie biszkoptowy labrador. Decyzja o adopcji była błyskawiczna, bo nie było się nad czym zastanawiać. Pies kilkuletni o niezbyt dobrze znanej przeszłości mieszkał na podwórku, bez choćby najmniejszego schronienia. Jedzenia pewnie też jakiś czas nie widział, bo pochłaniał wszystko z prędkością światła. Miałam wybór: uratować mu życie, albo kupić malutkiego szczeniaczka z hodowli. Mojej decyzji chyba nie muszę tłumaczyć… Tak oto Nero przekroczył próg mojego domu w pewne jesienne, piątkowe południe.


Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego…
Szybko okazało się że ten oto „słodki labek” jest agresywny w stosunku do innych psów. Nika na dzień dobry chciał zeżreć razem z nowo zakupioną obrożą. Na szczęście Nero nie chciał śmierci przeciwnika, tylko zawładnięcia domem i podwórkiem. Lizak jako starszy pies schodził mu z drogi i darował jego młodzieńcze wybryki. To właśnie z nim dogadywał się najlepiej. W tak zwanym międzyczasie okazało się że ponad czterdziesto-kilogramowe psisko ciągnie na smyczy jak smok. Był zdolny powalić dorosłego, potężnego mężczyznę tylko po to, aby obsikać krzaczek. Nie zwracał uwagi na człowieka, który się nim opiekuje. Byłam dla niego zbędnym balastem na drugim końcu smyczy, który tylko utrudnia poruszanie się.

Moją skromną osobę ignorował naprawdę mistrzowsko, natomiast do każdego napotkanego na spacerze człowieka ciągnął jak wariat. Gdy zobaczył jakiegokolwiek psa, zamieniał się raptem w krwiożerczą bestię a na widok nieznanego wcześniej przedmiotu, zjawiska, darł japę niczym kibic drużyny piłki nożnej.  Gdy czegoś nie znał, lub nie rozumiał, atakował, lub szczekał, czasami nawet przez kilka godzin bez przerwy. Jakby tego było mało za żadne skarby spuszczony ze smyczy nie przychodził na zawołanie. Nie zwracał uwagi na smaczki, jedzenie, mięso, zabawki, gwizdek… nic. Szedł w swoją stronę i albo zdążyłam go złapać, albo wracałam na podwórko i czekałam aż wróci do domu. Nero nie potrafił także panować nad swoimi emocjami. Gdy się mocno „nakręcił” w żadem sposób nie można było go okiełznać. Gdy pierwszy raz zobaczył szynszylę, był przyklejony do jej klatki bez przerwy przez cztery godziny, co i rusz próbując ją zeżreć.

Gdy teraz to piszę i przypominam sobie wszystkie te sytuacje, liczone w tysiącach, jestem zdziwiona że jeszcze nie zwariowałam, albo się nie powiesiłam. Może dla Was te problemy wydają się błahe, ale mi wtedy do śmiechu wcale nie było. Momentami czułam rozpacz, smutek, wściekłość i wszystkie uczucia naraz. Byłam też zwyczajnie rozczarowana. Chciałam mieć przecież wspaniałego psa, który świata nie będzie poza mną widział. Oczywiście miałam świadomość że aby coś mieć, trzeba najpierw włożyć w to ogrom pracy. Nie byłam jednak przygotowana na taki wiele problemów naraz.

Po kilku tygodniach i badaniu charakteru mojego nowego lokatora, postanowiłam że tak łatwo się nie poddam i będę walczyć. Stosowałam wszelkie metody wychowawcze (bezpieczne dla psa) radziłam się ludzi na różnych forach, stronach poświęconych czworonogom. Pracowałam z nim regularnie, pomału, starając się cieszyć z każdego małego postępu. Mój zapał po roku współpracy (a raczej mojej pracy) powoli gasł. Czułam złość i bezsilność. Kiedy już moje marzenie się spełniło i mam swojego wymarzonego laba, nie mogłam znaleźć z nim choćby najcieńszej nici porozumienia. Miałam tyle planów, pomysłów na wspólnie spędzony czas. Trenowanie jakiejś psiej dyscypliny sportowej, udział w seminariach, psich imprezach… Zamiast tego przez cały czas byłam ciągana na smyczy niczym wór kartofli a o zwróceniu uwagi Nera choćby w najmniejszych rozproszeniach nie było mowy. Często ubłocona i wyglądająca jak zombie wracałam ze wspólnego spaceru po łąkach.


Czułam się wtedy źle. Mimo rad wszelkich specjalistów, mojej wiedzy i wsparciu innych psiarzy, efektów praktycznie nie było widać. Nie mogłam się pogodzić z tym że Nero nigdy nie będzie tak przywiązany i chętny do współpracy jak choćby Niko. Wymyślałam nowe sposoby, stosowałam wszelkie metody. Przez mój chory przerost ambicji nie potrafiłam zauważyć tego że osiągnęliśmy i tak wiele. Co prawda nauka względnego chodzenia na smyczy zajęła nam 3,5 roku, agresja do psów nie minęła a z przywołaniem mamy nadal problem, ale wreszcie wszystkie te „mankamenty” zaczęłam  akceptować.

Gdy Nero biega luzem i jest trochę dalej nie potrafię skupić na sobie jego uwagi, ale gdy jest blisko jestem w stanie wyegzekwować od niego polecenia nawet w dużych rozproszeniach. Nigdy najprawdopodobniej nie polubi obcych psów, ale w tej chwili nie atakuje każdego napotkanego burka. Komenda „zostaw” jako tako go hamuje. Czasami zachowuje się zbyt emocjonalnie, ale i tak jego sposób bycia ogromnie się zmienił.
Jestem dumna z siebie że potrafiłam go zaakceptować. Ba! Nawet polubiłam wspólne spacery! Prawdopodobnie nigdy nie nauczę go przychodzić na zawołanie i dlatego chodzimy na wspólne wędrówki z linką lub długą flexi. Gdy pociągnie za smycz nie wpadam w panikę, tylko cieszę się że to był jednorazowy incydent a nie miotanie mną na lewo i prawo przez cały spacer.

W związku z jego chorobą zrezygnowałam ze wszelkich prób dołączenia do drużyny obi czy rally – o. Nareszcie potrafię się cieszyć moim psem. Teraz gdy w pełni zaakceptowałam to jaki jest i nie próbuję go na siłę zmieniać, jest mi i jemu dużo łatwiej żyć.  Wprawdzie nadal pracujemy i trenujemy, ale na wspólnych zasadach i wymaganiach dobranych stricte do psa, a nie do moich wyobrażeń i wygórowanych ambicji…
Nero cały czas uczy mnie nowych rzeczy. Dzięki niemu dowiedziałam się że nie wszystko co sobie zaplanuję, spełni się i będzie wyglądało tak jak w moim wyimaginowanym świecie. Jestem mu wdzięczna za to że zmienił mnie i moją osobowość na lepsze. Wreszcie zaczęłam zauważać drobne rzeczy, które mogą sprawić mi ogromną radość. Dzięki niemu nauczyłam się także akceptować to co mam i cieszyć się z tego całą sobą. Bo choćbym nawet chciała, nie przeskoczę niektórych aspektów mojego życia, jak i kwestii osobowości mojego psa. Jest jaki jest i za to go kocham.
 W końcu nikt nie jest perfekcyjny…



9 komentarzy:

  1. ,,Nikt tu nie jest przecież bez winy, życie to sekundy, godziny - Nobody's Perfect'' - znasz tą piosenkę? Trochę pasuje do tego posta. Na początku miałaś wiele problemów, ja też bym się załamała. Nero nie był psem, jakiego sobie wymarzyłaś. Dobrze, że mimo to robiłaś co mogłaś, a efekty są widoczne dzisiaj, że się nie poddałaś. Czasem radzenie sobie z kłopotami - takimi jak twoje - może przerosnąć nawet osobę z dużą wiedzą. Po prostu. Bo tego nie oczekiwała. Ta historia jest długa, ale ciekawa :) Dawałaś sobie radę, wiele osób powinno wziąć przykład.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, nigdy nie słyszałam o tej piosence.
    Na początku było mi ogromnie cężko, nie tyle z problemami wychowawczymi N, a z tym że nie jest on taki jakim chciałam żeby był.
    Potem zrozumiałam że jest jaki jest i za to go kocham. W akceptacji jego zachowań pomógł mi fakt że jest chory i że niedługo może go zabraknąć.
    Teraz każdy wspólnie spędzony dzień jest dla mnie przyjemnością a nie zamartwianiem się "dlaczego on nie jest taki jak sobie wymyśliłam?"
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie mój pies również cały czas uczy nowych rzeczy. To wspaniałe, że postawiłaś na adopcję, a nie szczeniaka z hodowli. Niestety, na takiego psa, musimy się uzbroić w dużo cierpliwości.. Widzę, że sukcesy są, nie każdy pies jest łatwy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Nie każdy pies jest łatwy. Z perspektywy czasu cieszę się, że trafiłam na trudnego psa, bo właśnie dzięki tej "trudności" nauczyłam (i ciągle się uczę) wielu nowych rzeczy...
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Najważniejsze, to nauczyć się żyć z psem. W końcu on też nas akceptuje, ze wszystkimi wadami ;) Adopcja dorosłego psa to trudna decyzja, bo wiąże się z nią mnóstwo problemów. Ale najważniejsze, to nie poddawać się w walce i cieszę się, że Wam się udało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo trudna i odpowiedzialna decyzja, ale niesamowicie cieszy gdy udaje wyprowadzić psiaka na prostą i staje się on naszym psim przyjacielem.

      Usuń
  5. Dzięki twojemu postowi dostałam motywację i kopa energii do szkolenia mojego nowego psiaka Grace, ponieważ jest bardzo zadziorna i uparta to też czasem się smucę, że nie dam rady i jestem beznadziejna jednak wszystko jest do wyrobienia, wystarczy chcieć. Damy radę! Pozdrawiamy; przygodylilo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Z trudnym psem jest fajniej, bo uczymy się cieszyć nawet z małych kroczków i sukcesów.
    Trzymamy kciuki i pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem tyle, "trudny" pies to prawdziwy skarb. Uświadamianie ludziom, że adoptując psa będziemy musieli zmierzyć się z wieloma problemami, jest niezwykle ważne. Sama mam psa z adopcji i wiem jak ważne jest zaakceptowanie go takim, jakim jest :) Oby więcej takich notek! Pozdrawiamy, www.mieszaniec.blox.pl

    OdpowiedzUsuń